tybetwatch tybetwatch Fair play. Free Tibet.
Człowiek musiał popsuć trochę swoją naturę, bo nie rodzi się wilkiem a jest wilkiem - Voltaire -
poniedziałek, 23 listopada 2009
ballada wagonowa - epizod 40

„sztuki walki”

 sztuki walki – pojęcie obejmuje  sposoby walki wręcz;  zazwyczaj bez użycia broni. podstawą nauki jest trening, który uczy umiejętności opanowania agresji, samoobrony, poprawia wydolność organizmu oraz uczy panowania nad emocjami (za wikipedią).

 codzienna kolejowa walka spełnia aksjomaty powyższej definicji, a więc można nadać jej tytuł sztuki, a nas - weteranów codziennych treningów - nazywać mistrzami.

 z dnia na dzień poprawiamy swoje umiejętności, doskonalimy metody rywalizacji. najlepsi, niedościgli zwyczajnym śmiertelnikom. zanim przeciętniak zorientuje się, do których drzwi skierować kroki, my w tym samym czasie zajmujemy miejsce. cienie własnych cieni. tchnienia własnych oddechów.  na przekór logice, wbrew normalności.

 ale zdarza się, że naprzeciwko siebie staną najlepsi z najlepszych, wielcy mistrzowie, tytani.  niektórzy z nas mają nawet swoje tajemne imiona. do arcymistrzów należą między innymi „bezwzględny Boberek” i „tygrysica Rita”.  Rita na ten przykład wykorzystuje dodatkowo atut kobiecości. choć w pociągu z trudnością można liczyć na przejawy dżentelmeńskości, to jednak kobiecość Rity  ma swój wpływ na spowolnienie reakcji męskiego przeciwnika. wystarczy, że taki samiec przez moment zastanowi się nad ewentualną szarmanckością, lub też odezwie się w nim  samczy instynkt zdobywcy; tygrysica bez mrugnięcia okiem wykorzysta zawahanie. co ciekawe nie stosuje konfrontacji fizycznej, choć od niej nie ucieka; od lat kojarzone są z jej osobą takie techniczne zwroty jak „zwilżone wargi”, czy „falujące powieki”. oprócz kobiecości, a może raczej poza nią, Rita stara się wykorzystywać przeróżne akcesoria; między innymi nieznane wcześniej w kolejnictwie pończochy i  dekolt, a także damską torebkę i parasolkę, które idealnie służą do powiększania a jednocześnie ograniczania pasażerskiej przestrzeni. jej styl nie pozostawia złudzeń, w skrzętny sposób wykorzystuje samcze słabości, osiągając zamierzony cel. 

 kolejny z wielkich, zwany Bezwzględnym Boberkiem, lub rzadziej Wagonowym Księciem, opracował i opanował do perfekcji jedną z najtrudniejszych technik, mianowicie styl zlęknionego kotka.  najeżona sierść, przelęknione wielkie oczy z przenikliwym spojrzeniem, spotęgowane rozżalonymi pomrukami nie może pozostać niezauważone.  potrzeba mistrza podobnej klasy, aby oprzeć się genialnej sztuce, a i tak wielu poddaje się profesjonalnemu transowi. należy dodatkowo podkreślić, że imię Boberek zyskał przez oczywiste podobieństwo do tegoż poczciwego zwierzęcia. niskiego wzrostu, krępej budowy, obdarzony charakternym wąsem - po prostu mały pracowity bóbr – nie ma pewności, ale słyszano,  że dysponuje także potężnym, silnym, ale za to płaskim ogonem. postać Boberka pozostaje owiana tajemnicą. swego czasu amerykańscy producenci planowali nawet serię komiksów pod niezbyt wyszukanym tytułem „beaverman – człowiek bóbr” opowiadających o niepokonanym mistrzu kolejowych sztuk walki, wychowanym przez rodzinę bagiennych bobrów. Bezwzględny Boberek jest w zasadzie samoukiem, tym bardziej zasłużył na szacunek znawców sztuk walki. zapisał się w historii jako prekursor wielu nowych technik. oprócz wspomnianego wcześniej stylu zlęknionego kotka, zainicjował technikę rozjuszonego bawołu, krótkowzrocznej kobry, czy też rozczulonego tapira (południowoamerykańska odmiana zlęknionego kotka); a zaczynał swoją drogę od kąsania przeciwników w biodra, specjalnie wyprofilowanymi zębami – stąd też technika bezwzględnego bobra, jak i sam pseudonim mistrza.

 aż strach pomyśleć co stałoby się, gdyby przeprowadzono reformę przewozów pasażerskich, zwiększono by liczbę pociągów, a w każdym z nich liczbę wagonów. cóż stałoby się, gdyby podniesiono standard przedziałów, lub co gorsza wymieniono kolejowy tabor na nowszy. gdzie mieliby spełniać się wieloletni mistrzowie kolejarskich sztuk walki, bożyszcza tłumów, autorytety dzieci.

 polska kolej do zmian podchodzi raczej sceptycznie, możemy zatem liczyć na spokojny sen ;o)

 

 

 

 

wtorek, 17 listopada 2009
ballada wagonowa - epizod 39

 

"toruński epizod"

pociąg intercity relacji warszawa-gdynia. człowiek nastawiony na przyjemną podróż; względnie przyjemną rzecz jasna, bo o pełnej w pkp nie może być mowy.  jak się spodziewałem, tak też otrzymałem, a w zasadzie otrzymaliśmy, bo było nas czworo.  choć ze strony przewoźnika nie było tym razem większych uchybień, to ze strony współpasażerów spotkaliśmy nieoczekiwany opór.

 jak wspomniałem - pociąg lepszej jakości, choć w standardach europejskich byłaby to słabiutka klasa średnia.  ale u nas ? miejscówki wykupione, oczekiwania wygórowane.  cała czwórka wskoczyła do wagonu (przyzwyczajenia z pociągów osobowych ;o)), na pierwszy rzut oka wszystko w porządku. tylko dlaczego w mijanych przedziałach przesiaduje zróżnicowane wiekowo moherowe szaleństwo ? bądź co bądź, to nie pociąg do torunia (a może jednak ?). przyznać jednak należy, że i „toruniankom z zamiłowania” podróżować wolno, tak więc, wszystko w porządku.

 tylko dlaczego w naszym przedziale ???? :o/

 zad 1) w przedziale pociągu intercity jest 6 miejsc siedzących. ty wraz z przyjaciółmi zajmiesz 4 miejsca. ile miejsc siedzących pozostanie dla pozostałych pasażerów ??? odp: dla pozostałych pasażerów pozostaną 2 miejsca siedzące.

 z matematyki zawsze byłem dobry, ale z życiowej logiki już nie za bardzo. opuściłem przynajmniej połowę wykładów, a ćwiczenia były krótko mówiąc usypiające. ale skoro dobry jestem w rachunkach, to dlaczego wchodząc do przedziału zajęte są cztery miejsca, zamiast dwóch, jak wynikałoby z zadania ??? przez chwilę miałem wrażenie, że siedzące panie po prostu pierwsze przeczytały treść zadania, pierwsze je wyliczyły i uzyskały poprawną odpowiedź. dawałoby im to pierwszeństwo w obsadzeniu miejsc, a wynik nadal byłby prawidłowy. pań w istocie było cztery, dwa miejsca wolne. wszystko się zgadza. tak to już jest, choćby świat miał się zawalić, choćbyś miał na miejscu zwariować, choćbyś miał wyjść z siebie i stanąć obok, to pieprzone zadanie matematyczne musi się zgadzać (pewnie dlatego ludzie tak nienawidzą matematyki)

 powróćmy jednak do świata realnego. cztery panie, czterech panów. chwila konsternacji, rzut okiem na bilety, wszystko się zgadza, delikatne zakłopotanie i szczere pytanie: „czyżby szanowne Panie nie pomyliły przedziału ?” krótkie pytanie, krótka odpowiedź: „NIE !”

 nie było z czym polemizować.

 wcześniej pochopnie wspomniałem, że panie siedziały w przedziale i były dwa miejsca wolne. cóż za niekompetencja z mojej strony – panie nie siedziały,  a biesiadowały.  a o miejscach można było powiedzieć wiele, ale na pewno nie, że są wolne. bo zarzucone torebkami, kanapkami, termosami, …, beretami.

 podejście numer 2: „a czy raczyłyby Panie zerknąć na bilety ? te miejsca są już zarezerwowane”. w tym miejscu naszej znajomości usłyszeliśmy kilka chrząknięć, pokpiwań, i kąśliwych spojrzeń (wierzcie, że w tym przypadku spojrzenia były naprawdę słyszalne), a po chwili: „ciekawe przez kogo ???”.

"tak się składa, że przez NAS” – odpowiedzieliśmy niemal zgodnym chórem, co dało nieoczekiwany, ale zadowalający efekt. w odpowiedzi usłyszeliśmy równie chóralne i jakże rzeczowe: „Phi :o) !!!!”

 zdawało się nam, w zasadzie byliśmy przekonani, że nasza wrodzona i nabyta  kultura powoli zaczyna opuszczać nasze ciała. po chwili byliśmy skłonni uwierzyć, że ów kultura pozostała na dworcu centralnym i nigdy z nami nie wchodziła do pociągu. spojrzeliśmy po sobie. mieliśmy ostatnią szansę, trzeba było ją umiejętnie wykorzystać. jakby powiedział Karol Strasburger – „w tym momencie rodzina z Torunia może się naradzać”.

 ostatnia deska ratunku pojawiła się sama, przydryfowała. „panie konduktorze, moglibyśmy prosić o pomoc ??” co ciekawe rodzina z Torunia, jeszcze przed interwencją zaczęła pakować swój piknik. po naszych wyjaśnieniach, wystarczyło, że konduktor przenikliwe spojrzał na pasażerki. „tak, tak, wiemy” – potwierdziły panie. jeden z nas nie omieszkał dorzuć: „skoro tak, tak. to czemu tak późno”

 uzurpatorki z kwaśnymi minami opuściły przedział, rzucając na odchodne oburzonym tonem: „pewnie chamstwo z Żoliborza”. dało się tylko słyszeć skrzekliwe potakiwanie „zapewne Jadziu, zapewne”.

 

 

środa, 23 września 2009
ballada wagonowa - epizod 38

 

 "powrót z łokciami w tle"

nie było mnie jakiś czas. mógłbym rzecz jasna wytłumaczyć się zbieraniem materiałów do kolejnych epizodów, ale przecież są to ballady wagonowe – tu z dnia na dzień, z godziny na godzinę mamy do czynienia z setkami przypadków, historii, osobistych dramatów i życiowych porażek (o życiowe sukcesy w wagonie nieco trudniej).

 chciałbym przybliżyć czytelnikom postać Pchacza. otóż Pchacz ma swoją indywidualną cechę charakterystyczną; mianowicie pcha się. (ale wymyślił, co nie ? cóż innego można robić w balladzie wagonowej ?).  osobnik ten jest jednak szczególny. pomyśleć można by, że urodził się by pchać, popychać, przepychać. kiedy tylko pociąg zbliża się do krawędzi peronu podekscytowany Pchacz nerwowo przebiera nogami, obłędnym spojrzeniem stara się obliczyć gdzie „zatrzymają się drzwi”, a z trudem wypracowaną pozycję jak najlepiej wykorzystać w codziennej walce, a później pchać się ! pchaaać się !!!! PCHAAAĆ !!!!!

 osobnik o roboczym pseudonimie Pchacz, cyklicznie uprzykrza życie współpodróżnym.  stał się pasożytem komunikacji publicznej.  jego jawny pseudonim został dla celów konspiracji określony jako (z ang.) Puscher – i tu ciekawostka -  puscher to, korzystając ze słownika ulicy, tyle samo co dealer.

zastanawiające ?

czyżby oprócz dystrybucji, Pchacz zajmował się również konsumpcją? 

tłumaczyłoby to jego nadpobudliwość i pragnienie bliskości z drugim człowiekiem :o)

 

 

poniedziałek, 18 maja 2009
ballada wagonowa - epizod 37

"znikający konduktorzy"

od pewnego czasu, rzekomo  w związku z remontami na trasie Tczew-Gdańsk,  pociągi mają tendencję do niespodziewanych postojów w polu. piszę rzekomo, ponieważ jak na remont to wyjątkowo mało się dzieje na tym odcinku. aż strach pomyśleć co będzie z pociągami jak rzeczywiście coś zacznie się dziać :-/  

nie o postojach i spóźnieniach miał być mowa, bo to przecież dla codziennego pasażera nic nowego ;o) a że trochę dłuższe, trudno. skóra pasażera gruba, a i ciśnienie nie skacze tak nagle ;o) 

rzecz miała być o sprytnej strategii konduktorów. od czasu tych dłuższych niż zwykle przejazdów, tych późniejszych niż zwykle przyjazdów, konduktorzy przyjęli nową strategię kontroli biletów.  mam wrażenie, że instynktownie znikają z zasięgu wzroku, w momencie gdy kolejka staje w szczerym polu.  choćbyś wyszedł z siebie, nie uświadczysz konduktora, nie ma do kogo marudzić, nie ma do kogo mieć pretensji, nie ma kogo zwyczajnie opieprzyć – nikt nic nie wie. ale jeśli pociąg tylko ruszy, zjawia się pracownik kolei i jak gdyby nigdy nic poczyna sprawdzać bilety. przeciętny pasażer zdążył już się uspokoić, no bo przecież jedziemy (to chyba jednak za mocne słowa – kulamy się), a ten, który rości sobie pretensje zostaje ułagodzony, no bo przecież jedziemy (przepraszam – kulamy się).  

zdarza się też, że po kilometrze przekulanej trasy znowu stoimy – kontroler wówczas  znika, jakby podłączony był do hamulca głównego ;o) 

ciekawe tylko czy jest to niekontrolowany odruch samozachowawczy, czy też  wynik cyklu specjalistycznych szkoleń dla kadry PKP ? :D :D :D

 

 

środa, 01 kwietnia 2009
ballada wagonowa - epizod 36

"musisz stać ? szukaj pozytywów"

cóż począć, jeśli w pociągu nie znaleźliśmy miejsca ?  oczywiście, miejsca siedzącego, bo stojących raczej nie powinno zabraknąć, choć  i takie ewenementy występują. ale zakładamy, że to normalny pociąg, a my wsiadamy nie na startowej stacji, a na następnej. rzecz jasna nie ma już miejsc, jeżeli mamy szczęście ostało się jedno, ale dodatkowo musimy przykleić się do pociągowych drzwi zanim kierownik pociągu raczy je otworzyć, następnie wpaść do przedziału, bo spokojnie wejść nie da rady, i rzucić się na wolne siedzisko. w 50 % przypadków miejsce będzie zajęte. 

jedynym plusem  szaleńczej misji, okazuje się w takim przypadku, najlepsze z możliwych miejsce stojące.  tylko czym się w takiej pozycji zająć ? można spróbować krótkiej drzemki, jednak warunki ku temu są co najwyżej średnie. można poczytać książkę, ale mogą pojawić się trudności w utrzymaniu książki w odpowiednim bezruchu. sposobem jest natomiast czytanie książek, czasopism od pasażerów siedzących. jedyny warunek – dalekowzroczność. ksiązka leży stabilnie na kolanach kolegi/koleżanki, nie ma więc problemu z śledzeniem tekstu. pewnego razu miałem okazję przeczytać 5 stron dość ciekawego kryminału od studentki siedzącej po prawej,  1 artykuł o gwiazdach polskiego showbiznesu (chociaż poddaję wątpliwości istnienie takowego) od starszej pani po prawej i  końcowe 2/7 notki o historii króliczków playboya od odzianego w garnitur pana z naprzeciwka.  

swoją drogą sam plułem sobie w brodę, bo po jakiego grzyba czytałem ten kryminał ? kryminał, kryminałem – dość ciekawy był, ale ekscesy polskich niby-to-aktorek ?? straciłem świetny artykuł o króliczkach, ba straciłem przynajmniej 10 zdjęć, które niewątpliwie ozdabiały tekst.  

ze smutkiem opuszczałem moje, teraz można by rzec, cudowne, stojące miejsce. ze smutkiem opuszczałem artykuł o króliczkach playboya. ze smutkiem opuszczałem pana w garniturze, który dysponował ów artykułem.  

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 29